Najlepsze piekło w jakim byłem.


 Jak co roku nadszedł długo oczekiwany ostatni weekend czerwca, czyli Race61 w Niemczech, na torze Finowfurt Raceway.

Od pewnego czasu jeżdżę tam już w czwartek, żeby móc uczestniczyć w imprezie od samego początku.
Jedynym problemem była prognoza pogody, która zapowiadała rekordowe upały.
Po przyjeździe na miejsce, w czwartek wieczorem, dopadła mnie fala dusznego gorąca, a było zaledwie około 31°C. 

Trzeba sobie radzić. Rozpakowałem się i ruszyłem zwiedzać.
Część uczestników, których znam z kolejnych edycji, nie pojawiła się w ogóle z powodu upału lub problemów technicznych, a niektórzy przyjechali bez samochodów.
Spacerując po terenie imprezy, spotkałem kilka zupełnie nowych wyścigówek, w tym dwa belly tank racer.


 Jeśli ktoś jeszcze nie wie, to spieszę wyjaśnić, że są to wyścigówki, które nawiązują do początków hot roddingu.
Po drugiej wojnie światowej zostało mnóstwo sprzętu wojskowego oraz wielu wykwalifikowanych mechaników, którzy zaczęli wykorzystywać swoje umiejętności w amatorskim motorsporcie, budując i tuningując hot rody.
Jeden z nich, Bill Burke, studiując kształty lotniczego odrzucanego zbiornika paliwa, wymyślił, żeby wcisnąć do środka silnik flathead Forda 1934 roku, dodać kawałek ramy i osie – i wyścigówka praktycznie była gotowa. Takimi pojazdami zaczęto z powodzeniem ścigać się na wyschniętych jeziorach, np. na słynnym Bonneville.


Ucieszył mnie widok Chevroleta Malibu „Southern Saint”, którego widziałem już na Season Opening w maju. Pojawiło się też przyciągające wzrok białe przedwojenne auto (wyglądało jak Chevrolet Master z 1937 roku, ale mogę się mylić) o nazwie własnej „Dick Tracy”. 

Zespół Race Antz (Racing Kult) przywiózł wściekłego, napędzanego metanolem Chevroleta Nomada „YesMad” oraz Studebakera Championa na potrzeby Burnout Show, które chyba już na stałe zagościło w programie imprezy. Pojawił się również Ford Anglia na sterydach, któremu podczas jednej z poprzednich edycji nie udało się wystartować, ponieważ rozciekł się na linii startu.



Nie zabrakło pięknego AMC AMX ze Szwajcarii, który ostatnio regularnie konkuruje na torze Finowfurt Raceway. Bardzo lubię, gdy pojawiają się takie „rodzynki” ze złotej ery muscle cars.

To, co mnie autentycznie zaskoczyło, to wyścigówka zbudowana z kabiny Fiata 126. 

W piątek zaczęły się przejazdy na torze. Było gorąco, ale jeszcze znośnie, choć i tak wypiłem dwie butelki wody. Uwielbiam fotografować wyścigi i akcję na torze, więc na tym się skupiłem.

Wieczorem, po krótkim odpoczynku i przynoszącym ogromną ulgę prysznicu, wybrałem się z aparatem zrobić kilka zdjęć z tej bardziej imprezowej części Race61.



W sobotę słońce bardzo szybko wygoniło mnie z namiotu – już o 7.20. Choć rozbiłem się pod drzewami, wystarczyło, że wyjrzało zza linii horyzontu i poświeciło w bok namiotu, a namiot momentalnie zaczął się nagrzewać. Na szczęście jeden z motocyklistów obozujących obok przypiął do mojego namiotu termoizolacyjny koc ratunkowy (z folii NRC), srebrną stroną w kierunku słońca. Doskonały pomysł – na pewno zastosuję go następnym razem.

Szybki remanent zapasów pokazał, że upały poważnie uszczupliły moje zasoby wody. 


W sobotę rano została mi już tylko jedna butelka, zdecydowanie za mało.

Na szczęście z pomocą przyszli znajomi. Chciałbym serdecznie podziękować ekipie Szczecińskie Amcary oraz koledze Martinowi, którzy podzielili się ze mną swoimi zapasami. To było dla mnie prawdziwe wybawienie i solidna nauczka na przyszłość.

Na tor udałem się tuż po 11.00, bo o 11.30 miały zacząć się wyścigi. Niestety pojawił się poślizg i przyszło mi czekać prawie godzinę.

Kiedy wreszcie ruszyły, upał był wręcz piekielny. To było wyzwanie zarówno dla ludzi, jak i maszyn. Wyobraźcie sobie, że trzeba wsiąść do rozgrzanej metalowej puszki i uruchomić potężny silnik, od którego dzieli was tylko gródź. Albo założyć kombinezon czy choćby motocyklową kurtkę i kask przy 40°C w cieniu.

Moje butelki z wodą bardzo szybko osiągnęły temperaturę nieco wystudzonej herbaty, ale nie było wyjścia – trzeba było pić. Przy okazji ponowię apel o wystawianie wody dla zwierząt. To drobny gest, który w takie dni może przynieść ulgę, a nawet uratować życie.

Zawodnicy także radzili sobie na różne sposoby. Padok zaroił się od parasoli, niektórzy siadali do aut z mokrym ręcznikiem na głowie – każdy próbował znaleźć sposób na przetrwanie.

 Myślę, że ta edycja Race61 na długo pozostanie w pamięci uczestników właśnie ze względu na ekstremalne warunki. Być może stworzy nawet szczególną więź między tymi, którzy podjęli to wyzwanie.

W końcu poszedłem do bufetu przy torze, żeby się schłodzić. Napój z czarnej porzeczki z lodem smakował wyśmienicie. Zostały mi po nim trzy kostki lodu, więc zamiast je wyrzucać, wsadziłem je pod kapelusz. Każda odrobina chłodu była na wagę złota.

Tymczasem na torze pojawiały się kolejne ciekawe maszyny. Przyjechał nawet dragster – oczywiście nie Top Fuel, ale zawsze to dragster.

Właściciel pięknego bordowego Dodge Coronet R/T ’68 od pewnego czasu rozwija nowy projekt. To, o ile się nie mylę, Coronet ’64 z dość unikalnym silnikiem 413 Wedge. Auto nadal sprawia mu problemy, ale mam wrażenie, że z imprezy na imprezę jest coraz lepiej.


Inny zawodnik zamienił czerwonego Plymoutha Road Runnera ’74 (którego uwielbiam fotografować) na równie pięknego niebiesko-czarnego Dodge’a Coroneta Super Bee ’69.

 Sensacją było dla mnie pojawienie się motocykla MZ ETZ500. To autentyczny rarytas – podobno powstało zaledwie kilka prototypów.

Bardzo ucieszył mnie także przyjazd kilku kolegów z Polski. Oprócz ekipy Szczecińskie Amcary spotkałem Kubę, którego fotografowałem na zeszłorocznym Rømø Motor Festival. Tym razem przyjechał hot rodem odkupionym od kolegi z mojego miasta i od razu wywalczył trzecie miejsce w klasie Flathead. Poprzedni właściciel auta pojawił się z kolei pięknie przygotowanym Chevroletem 210. Był też drugi Kuba, znany z Buick Riviera '68 którym ścigał się na Race61 w 2018 roku, który tym razem przywiózł cudownie spatynowaną wyścigówkę Mercury Montclair '55.

Nie forsował auta na torze, bo przyjechał nim na kołach z blisko 1000 kilometrów. Sama podróż w jedną stronę zajmuje mu dwa dni.


Skoro mowa o Polakach, nie mogę nie wspomnieć o „Candy Camaro”.

Poznaliśmy się podczas Season Opening w 2022 roku. Wtedy jego Camaro było pięknie odrestaurowanym autem z wieloma autorskimi rozwiązaniami, jak choćby tunelem środkowym z ukrytymi gniazdami USB. 

Później całkowicie wciągnęły go wyścigi. Zaczął walczyć o każdą dziesiątą sekundy – zmienił koła, przełożenie, zaspawał dyfer, a teraz odchudza auto, więc zdemontował nawet wspomniany tunel środkowy.

Przekonałem się o tym osobiście. Na Season Opening poprosiłem go, żeby przewiózł mi na parking dla zawodników butelkę wody i statyw. Po przyjeździe wszystko wyrzucił z auta, bo to przecież zbędne kilogramy.

Na Race61 zobaczyłem, że ustawił się na starcie obok „El Polara”, więc napisałem mu wiaodmość:

– Chyba czeka cię lekcja pokory… 😉

Odpisał:

– Haha, nie potrzebowałem jej, dobrze wiedziałem z kim jadę, nikt nie chciał z „El Polara” jechać, a gość z obsługi  powiedział, że przeskoczę kolejkę o 4 miejsca jeśli z nim stanę więc no problem.

Jeśli ktoś z was oglądał serial „Street Outlaws” („Uliczne wyścigi”), to może pamięta Kamikaze Chrisa. Jeździł stosunkowo słabym El Camino odziedziczonym po koledze i zbudowanym z części z odzysku do około 1000 KM, ale nigdy nie odmawiał wyzwań. Kiedyś stanął nawet do wyścigu z autem klasy ProMod o mocy 4500 KM i wygrał!


Właściciel „Candy Camaro” to taka jego lokalna inkarnacja.

Pojawił się również rat rod z Polski, który rywalizował na Finowfurt Raceway już wcześniej. Gdy zauważyłem, że ustawił się do wyścigu z VW Garbusem „Luft Kultur”, podszedłem do niego i rzuciłem tylko, żeby przygotował się na mały wstrząs.

Po wyścigu od razu zapytał:

„Co to jest?!? Garbus zszokował mnie już na starcie, gdy zamiast podjechać do linii, cofnął na grzanie opon. A potem podczas wyścigu był tak głośny, że całkowicie zagłuszył mój silnik i nie wiedziałem, kiedy zmienić bieg, bo nie mam obrotomierza.”


Tak mijały kolejne wyścigi. Niestety pod koniec poczułem, że upał wyssał ze mnie całą energię. Przestałem myśleć o kadrach, aparaty parzyły mnie w ręce i stwierdziłem, że pora się wycofać.

Po wyścigach odbywało się jeszcze Burnout Show oraz rozdanie nagród, ale oba wydarzenia odpuściłem. Upał naprawdę dał mi się we znaki. Dopiero w domu zauważyłem po bokach głowy jasne paski w opaleniźnie pozostawione przez okulary.

Na niedzielny poranek byłem umówiony na zdjęcia. W ten sposób zrobiłem dwa ujęcia Mercury'ego Montclaira ’55.

Był jeszcze jeden chętny do fotografowania – przypadek dla mnie bardzo szczególny, który wymaga krótkiego wyjaśnienia.

W 2019 roku na Race61 (wtedy też było bardzo gorąco) pojawił się znajomy znany jako Dylak. Zapewne wielu czytających te słowa go kojarzy. Biker starej daty, ale miał też cudownego Pontiaca Bonneville – przepiękną full-size'ową krypę. Nie była to jakaś szczególnie bliska znajomość, niestety nie zdążyła się taką stać. Zawsze jednak cieszyłem się, gdy wiedziałem, że jedzie na tę samą imprezę co ja. To był świetny kumpel, prawdziwa dusza towarzystwa. Z nim nigdy nie było nudy ani smutku. 


Przyjechał wtedy z nastoletnim synem i kolegą Marcinem, z którym przy piwie, rozmawialiśmy o różnych sprawach, między innymi o fotografii. Byłem wtedy po pierwszych próbach prezentowania swoich zdjęć na Rybnickim Festiwalu Fotografii i szukałem sposobu na ich odpowiednią ekspozycję. W Foto-Jokerze zobaczyłem wydruki na Alu-DiBond. To było dokładnie to, czego szukałem, ale nie było możliwości zamówienia własnych indywidualnych formatów.

Wtedy Marcin powiedział:

– Wiesz co, ja mam drukarnię. Zrobię ci to tak, jak chcesz.

Od tamtej pory współpracujemy. To dzięki niemu mogę prezentować swoje zdjęcia właśnie w tej formie.

Niestety, kilka lat temu Dylak nagle zmarł.

W tym roku zgłosił się do mnie Bruno, jego syn, którego spotykam na różnych krajowych imprezach, takich jak Kustomhead czy Kustom Konwent. Powiedział, że wybiera się na Race61 samochodem ojca i zapytał, czy zrobię mu zdjęcia.
Z przyjemnością.


Ta improwizowana, niedzielna sesja zdjęciowa była ostatnim akcentem mojego pobytu na Race61. Gdy piszę te słowa, do następnej edycji zostało jeszcze 50 tygodni.

To będzie okrągła, trzydziesta rocznica i mam wielką nadzieję, że będę tam obecny.

Wszystkie zdjęcia w pełnej rozdzielczości można zobaczyć w galerii na Flickr 
Poza tym relacja oraz album ze zdjęciami jest dostępny na Facebookowym fanpejdżu.
Zdjęcia wkrótce będę dodawał do Instagram