Airfield Club Race, czyli najlepsze zakończenie lata jakie może sobie wymyślić oldskulowy petrolhead.
Airfield Club Race to nowe wydarzenie na mapie imprez vintage racing i Kustom Kulture, organizowane w tym samym miejscu co Race61 i Season Opening – na terenie Luftfahrt Museum Finowfurt.
Pierwsza edycja odbyła się w zeszłym roku. Niestety, spóźniłem się z akredytacją. Bardzo jednak chciałem zobaczyć event, który dopiero zaczyna tworzyć swoją historię, więc postanowiłem pojechać jako widz, nabyłem bilet po czym złapałem koszmarne przeziębienie i wyjąc z wściekłości musiałem zostać w domu. W tym roku się nie spóźniłem i byłem ostrożniejszy.
Airfield Club Race to impreza dla samochodów i motocykli wyprodukowanych nie później niż w 1959 roku. Można oczywiście przyjechać nowszym amcarem – takich pojazdów też było sporo – ale wtedy zostaje się poza strefą „klubową”. Nie stanowiło to żadnej niedogodności, bo miejsca było naprawdę dużo. Dla osób znających lokalizację: strefa klubowa obejmowała teren między Airfield Casino a wjazdem na tor wyścigowy.
Po przyjeździe rozstawiłem namiot, wziąłem aparat i ruszyłem zwiedzać. Atmosfera była miła, sympatyczna, wręcz sielankowa, a uczestnicy cały czas się zjeżdżali. Niejednokrotnie zakręciła mi się łezka w oku – co chwilę spotykałem znajome hot rody i klasyki, których nie widziałem od lat, niektórych nawet od 2019 roku. Wyraźnie widać, że wielu pasjonatom brakowało imprezy z tak jasno określonym limitem wiekowym. Jedna ze znajomych niemieckich fotografek zauważyła, że już teraz (w piątek wieczorem) samochodów było niemal dwa razy więcej niż podczas ubiegłorocznej edycji.
W międzyczasie dojechali znajomi, których udało mi się namówić na wyjazd. Zamiast planowanej podróży klasykami po kraju, wybrali imprezę – i dobrze! Razem kręciliśmy się po terenie, spotykaliśmy ludzi, ogarnęliśmy przegląd techniczny przed wyścigiem i chłonęliśmy atmosferę, w której czas płynął znacznie wolniej niż na zewnątrz. Pogoda dopisała idealnie – słońce grzało, ale nie męczyło, dodając całości klimatu w stylu „good old days”.
Wieczorem odbywa się fotoshooting, czyli sesja zdjęciowa na torze, to specjalność innej fotografki, która ma tam lampę plenerową, na początku udało mi się złapać parę kadrów, ale później było już zbyt ciemno.
Wieczorem sielanki ciąg dalszy, koncerty, wieczorne rozmowy przy ‘małym jasnym’ jakieś zdjęcia - to był naprawdę mile spędzony czas.
Sobota to główny dzień imprezy, całkowicie podporządkowany wyścigom. Pojawiło się wiele pojazdów, których nie widziałem od lat, jeszcze sprzed pandemii. Zawody szły sprawnie – na przemian startowały auta i motocykle. Dla zachowania oldschoolowego klimatu nie ma tu fotokomórek ani świateł startowych – zawodników puszcza się flagą, a czasy mierzy stoperem. To drobiazgi, ale właśnie one budują wyjątkowy charakter tej imprezy. Pogoda dopisała, a atmosfera była niemal piknikowa.
Poza sporą ilością hot rodów i kilkoma nobliwymi klasykami, była też wściekła wyścigówka Willys Coupe ’41, którą uwielbiam. Pojawił się belly tank racer, a także piękna maszyna wyglądająca jak skrzyżowanie starej wyścigówki klasy Midget z dragsterem typu slingshot. A może był to po prostu krótki slingshot z silnikiem flathead? Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. Gdyby trafiła się jeszcze okazja, spróbowałbym dowiedzieć się o niej czegoś więcej.
Pojawił się również tzw. T-bucket oraz kilka mniej lub bardziej przerobionych pick-upów. Nie zabrakło też prawdziwego dziwa – kustomowej, wyścigowej ciężarówki COE w wersji cabrio.
Warto wspomnieć o bardzo licznej reprezentacji Chevroleta Bel Air – było ich tyle, że spokojnie mogłyby stworzyć osobną ligę. I chyba każdy z nich był przygotowany pod wyścigi. Wśród nich znalazły się m.in. biało-bordowy „Mr Moon”, intensywnie zielony „Hulk”, niebiesko-biały „Adios Amigos” oraz kilka innych, już bez nazw własnych: czarno-biały, którego udało mi się ładnie uchwycić na zdjęciu, jeden intensywnie czerwony i jeden ciemniejszy, z filtrami powietrza wystającymi ponad maskę. Fani tego modelu – a było ich niemało – mieli tu prawdziwą ucztę.
Fenomen amatorskiego drag racingu, czyli wyścigów równoległych rodem z USA, polegał na tym, że każdy chętny mógł stanąć do rywalizacji. Nie były potrzebne licencje, kombinezony ani kaski. Oczywiście, w przypadku takich imprez konieczny był odpowiedni samochód – najlepiej amerykański i w odpowiednim roczniku.
Istniało jednak olbrzymie ryzyko, że taki wyścig działał jak narkotyk, a auto zamieniało się w bezdenną skarbonkę. Dystans od startu do mety można było pokonać w pół minuty, ale też i w czasie poniżej dziesięciu sekund.
Balcer, który na ostatnim Race61 momentalnie złapał bakcyla ścigania, tutaj wykorzystywał każdą okazję do wyjazdu na tor. Buick Demolki jeździł dostojnie w swojej kategorii, ale największą niespodziankę sprawił ktoś, kogo spotykałem niemal na każdej imprezie wyścigowej – racer z Czech, Jan Holakovsky (mam nadzieję, że nie przekręciłem nazwiska), który wygrał swoją kategorii. Zawsze był szybki, już w zeszłym roku na Race61 gdzie konkurencja jest naprawdę bardzo ostra był trzeci, a tutaj taki sukces!
Gdy schodziłem z toru, zapadał już zmierzch. Szybki prysznic, przebranie się i mogłem wreszcie pójść się zrelaksować.
Jeszcze przed wyścigami zwróciłem uwagę na interesującego muzyka – coś w rodzaju jednoosobowej bluesowej orkiestry. Kiedy usłyszałem go z daleka, miałem wrażenie, że to sam Seasick Steve przyjechał. Okazało się jednak, że to ktoś inny, grający w bardzo podobnych klimatach. W mojej opinii świetnie wpasował się w charakter tej imprezy.
Po dekoracji zwycięzców była okazja posiedzieć z czeskim championem, porozmawiać o imprezach i czeskich piwach, a to wszystko przy świetnej muzyce na żywo w tle.
Wieczór kończący imprezę był fantastyczny i na długo go zapamiętałem. Airfield Club Race okazał się bardzo udanym wydarzeniem, które wypełniło pewną lukę. Śmiem wręcz twierdzić, że wielbiciele starszych i bardziej klasycznych pojazdów znaleźli tu swój dom.
Ledwo wróciłem, a już dostałem pytania, jak Airfield Club Race wypada w porównaniu z Race61.
Przede wszystkim – miejscówka. To miejsce jest niemal idealne na takie imprezy: bardzo klimatyczne, wszystko pod ręką, blisko i w zasięgu nóg. To ogromny atut.
Atmosfera była jednak zupełnie inna. Ten specyficzny luz, coś, co z braku lepszego określenia nazwałbym slow life, działał mocno na wyobraźnię. Nie tylko ja, ale i wszyscy znajomi, którzy tam byli, momentalnie poddaliśmy się temu nastrojowi.
Trzeba też pamiętać, że Race61 odbywa się na początku lata – sezon dopiero się zaczyna, dni są długie, noce krótkie, energia rozpiera, a ryk wyżyłowanych big blocków tylko potęguje to wrażenie. Natomiast Airfield Club Race to praktycznie finał sezonu. Koniec lata, słońce grzało już mniej i świeciło krócej, a niebo potrafiło zachwycić cudownymi zachodami słońca (i tak właśnie było!). Całość nastrajała zdecydowanie bardziej nostalgicznie.
Do tego dochodziły wszystkie detale i smaczki, o które zadbali organizatorzy – flagi, stopery, paleniska z ogniem. To one budowały klimat.
Obie imprezy łączyły świetna lokalizacja i bardzo sprawna organizacja. Odwiedziłem już sporo wydarzeń w różnych krajach i uwierzcie mi – to ogromny atut, którego nie da się przecenić. Chodziłem tymi samymi ścieżkami co podczas Race61, ale tym razem czułem się, jakbym trafił do trochę innego świata.
Naprawdę gorąco polecam. Jeśli masz auto mieszczące się w kategorii wiekowej – przyjedź i ciesz się uczestnictwem. Jeśli nie możesz na kołach (tym bardziej, gdy zbudowałeś wyścigówkę), przywieź je na lawecie lub przyczepie. Nie ma problemu z bezpiecznym zaparkowaniem – jak wspominałem, dobra organizacja to jeden z największych atutów tej imprezy.
Gdybym miał się doszukiwać jakichś minusów, to stosunkowo mała oferta i krótko dostępna strefa gastro.
Od przyjazdu widziałem stoisko „Knoblauch baguette” (bagietka czosnkowa) próbowałem ich produktów na Race61 - pycha! Niestety cały piątek mieli zamknięte. Obiecywałem sobie, że po wyścigach zjem u nich kolację, ale zanim wróciłem, wykąpałem się, itd. – oni już zamykali.
Jeśli będę tam za rok (a mam taki zamiar), przypilnuję godzin otwarcia.
Nie widziałem też kanapek ze śledziem, a te Niemcy mają genialne! Proste, bez cudów, i obłędnie smaczne.
Moim zdaniem ta impreza jest skazana na sukces i jestem ogromnie ciekaw jak będzie w przyszłym roku. Tu działa dokładnie ta sama zasada co przy Race61, impreza robiona przez pasjonatów dla pasjonatów, a takie podejście doskonale się sprawdza i procentuje.
Z powodów ograniczeń FB tutaj tylko część zdjęć.
Wszystkie zdjęcia są w albumie tutaj:





.jpg)





