Wyjazd
na Hot Rod Dragstrip Contest
O tej
imprezie, odbywającej się w Czechach, niedaleko Pilzna, wiedziałem już od paru
lat, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie, żeby tam pojechać.
W tym roku
postanowiłem wszystko tak poukładać, żeby w końcu tam być. No i udało się.
W piątkowe
popołudnie byłem już na miejscu. Tu muszę bardzo pochwalić organizatorów za
znaki prowadzące na teren imprezy. Dzięki nim trafiłem bezbłędnie za pierwszym
razem, a mam w tej materii także niezbyt dobre doświadczenia.
Pogoda
nie była zbyt korzystna – duże zachmurzenie i zanosiło się na deszcz, ale zaraz
ruszyłem na zwiedzanie.
Cała impreza
odbywa się na terenie byłego lotniska wojskowego. Uczestnicy rozkładają się po
obu stronach bardzo szerokiej drogi – proste i praktyczne rozwiązanie. Trochę
kojarzy się to z serialem „Street Outlaws”.
Na samym
końcu, oddzielona barierkami, znajduje się część przeznaczona na tor wyścigowy.
Imprezę
organizuje klub motocyklowy, a oni mają sporo doświadczenia w takich sprawach.
Jest scena z
nagłośnieniem, jest strefa gastronomiczna, są sanitariaty – wszystko, czego
trzeba.
W strefie gastro jest przede
wszystkim duży wojskowy namiot z napojami i słodyczami.
Wśród napojów
królują Pilsner Urquell i Gambrinus 10° – super 😊
Jest też
Kofola i malinovka.
Szwendam się
i, sącząc produkty czeskiego piwowarstwa, oglądam ciekawe maszyny przygotowane
przez naszych południowych sąsiadów.
Jedną z
pierwszych, która dosłownie rzuca się w oczy, jest stara Skoda Octavia. Dla
mniej zorientowanych „stara Octavia” to model produkowany w latach 1959–1971, a
do tej wsadzono monstrualnie wyglądający benzynowy silnik z Robura.
Natykam się
też na znane mi auta, jak choćby żółty Citroën „Minol”, którego pamiętam z
Massen Dirt Track, gdzie byłem w 2022 roku. Oczywiście spodziewałem się
zobaczyć także czeskiego championa, który z powodzeniem konkuruje na moim
ulubionym Finowfurt Raceway – i był. Zawsze miło spotkać znajomego.
Jest
dużo klasycznych czeskich motocykli. Niektóre są w stanie zbliżonym do
oryginalnego, inne mocno przerobione do ścigania.
Domyślam się,
że Czechom zostało jeszcze sporo tego dobra w różnych szopach i garażach. To
fajna rzecz, bo naprawdę niewiele trzeba, żeby zacząć bawić się w takie
amatorskie ściganie.
Tak czas
schodzi mi do wieczora. Wtedy zaczynają się koncerty. Żadnej z tych kapel nie
znam, ale trudno nie zauważyć frontmana znanego także u nas zespołu Green
Monster, który tutaj udziela się w jakimś innym składzie.
Następny dzień przywitał
piękną pogodą. Wyszło słońce – od razu lepiej.
Uczestników i widzów cały czas przybywa, aż nadchodzi godzina rozpoczęcia wyścigów.
Tu wszystko
odbywa się standardowo – dziewczyna z flagą daje sygnał do startu.
Dopiero teraz można podziwiać prawdziwą paradę konstrukcji zbudowanych na bazie klasycznych czeskich motocykli oraz, poza oczywistymi Harleyami-Davidsonami, wiele innych ciekawych maszyn, na przykład zabytkowych motocykli brytyjskich marek: Ariel, BSA czy A.J.S.
Następnie
startują samochody. Jest ich mniej, ale rywalizacja jest równie zacięta.
Zabawa jest
przednia. Pojawił się tam również bardzo ciekawy rat rod zbudowany na bazie
Chevroleta Bel Air, ale już w pierwszym biegu zostawił za sobą długi ślad oleju
i ostatecznie wrócił na lawecie.
Wyścigi zostały wstrzymane
do czasu usunięcia problemu.
Cieszył widok młodych ludzi na tych klasycznych czeskich motocyklach. Jak przypuszczam, można je jeszcze stosunkowo tanio kupić, a potem doprowadzić do stanu, w którym mogą zacząć konkurować na torze.
Całe wyścigi odbywały się w dość luźnej atmosferze. Czasem tempo niektórych zawodników można było określić jako dostojne – ale przecież przede wszystkim chodzi o dobrą zabawę.
Późnym
popołudniem było już po wszystkim. Pozostało się zrelaksować, poczekać na
koncerty itp.
Ponieważ
byłem tam sam, zdecydowałem się wracać.
Podsumowując:
to bardzo fajna, klubowa impreza. Niewielka, bez fajerwerków, ale z bardzo
przyjemnym, wręcz sielankowym klimatem.
Jeśli
dłubiesz zimą coś w garażu i chcesz się sprawdzić – to miejsce dla ciebie.
To także
świetna impreza na wypad z ekipą kumpli, którzy mają podobne zainteresowania.
Jedynym kłopotem może być odległość. Ode mnie to dobrze ponad 500 km, z Wrocławia niecałe 400, więc jest co jechać.
Po powrocie do domu będąc pod wrażeniem
tych wszystkich konstrukcji zbudowanych z klasycznych czeskich motocykli, zrobiłem
sobie powtórkę „World Fastest Indian” delektując się przy tym czeskim piwem.
P.S.
Ta relacja wychodzi z małym opóźnieniem, i publikuję ją już po powrocie z
Race61, gdzie spotkałem kilku racerów widzianych na Hot Rod Dragstrip Contest.
Porady praktyczne dla tych, którzy się zdecydują:
- W
serialu „Tulsa King” Dwight Manfredi zwykł mawiać: „Cash is King”, czyli
gotówka rządzi.
Na żadnym stoisku nie da się płacić kartą, więc koniecznie zaopatrzcie się w gotówkę. - Piwo
jest sprzedawane w plastikowych kubkach. Zdecydowanie nie jestem ich
fanem, ale wielu gości miało własne szklanki lub kufle. Jest je gdzie
opłukać, więc gorąco polecam takie rozwiązanie.
Jeśli pojadę tam ponownie, na pewno wezmę ze sobą szklany kufel. - Własne
krzesełko turystyczne zdecydowanie warto mieć.
- Można
grillować. Z tego, co widziałem, nie było z tym żadnego problemu.
Wszystkie zdjęcia w pełnej rozdzielczości są w galerii na flickr










