Wyjechać na tę imprezę było moim marzeniem, od momentu gdy się tylko o niej dowiedziałem. Zawsze były jakieś przeszkody a gdy już je pokonałem, zacząłem się bardziej interesować możliwością zdobycia akredytacji.
Warunek: strój w stylu lat 30. i 40. Dwa lata chodziłem wokół tego tematu i szukałem możliwości. Największym wyzwaniem były spodnie. Ostatecznie Ania uszyła je z wykroju kupionego w sieci – tłumaczenia, przeliczanie cali na centymetry i sporo nerwów, ale efekt był świetny. Tuż po otwarciu zgłoszeń wysłałem zdjęcia i… po dwóch miesiącach dostałem pozytywną odpowiedź.
Jadę! Ahoj przygodo! 😉
Organizacja noclegu okazała się kolejnym wyzwaniem. Festiwal przyciąga tłumy, a miejsc noclegowych jest niewiele. W normalnych warunkach wystarczyłyby bez problemu, ale nie w ten jeden weekend. Gdy tylko ogłoszono termin, wszystko zniknęło w mgnieniu oka. Ja zacząłem organizować nocleg gdy dostałem akredytację, czyli w połowie czerwca - najbliższy dostępny camping znalazłem ponad 30 km od wydarzenia.
Wyjechaliśmy w czwartek rano, po około 12 godzinach jazdy wieczorem dotarliśmy na miejsce. Camping w miejscowości Bredebro okazał się być nadzwyczaj przyjemnym miejscem, rewelacyjna infrastruktura, toalety, prysznice, kuchnia – wszystko było na naprawdę wysokim poziomie i w naprawdę przyzwoitej cenie.
Przy okazji chciałbym powiedzieć, że Dania wywarła na mnie niesamowicie pozytywne wrażenie, urokliwe domy, idealne drogi (z szutrowymi włącznie) nie ma przeładowania znakami drogowymi co jest plagą w Polsce i nie ma nawciskanych wszędzie reklam i billboardów. Dane mi było doświadczyć duńskiego ‘hygge’ w minimalnym stopniu. I bardzo mi się spodobało. Dania wygląda na fajne miejsce do życia.
W piątek, zaraz po śniadaniu, pojechaliśmy na teren imprezy, żeby obejrzeć miejscówkę i rozeznać warunki. Wiedziałem, że to ogromna plaża, ale zobaczyć ją na własne oczy to zupełnie inne doświadczenie – skala naprawdę robi wrażenie. Już wtedy stało tam sporo kamperów i innych aut, a mnie udało się złapać kilka ciekawych ujęć.
Pogoda jednak była daleka od plażowej – wiał potężny, ponad 60-kilometrowy wiatr. Ale skoro już tam byliśmy, Ania uparła się, że chce dojść do samego morza. Więc ruszyliśmy. W połowie drogi trafiliśmy na foodtruck, w którym można było na chwilę przysiąść, wypić Colę i złapać oddech, zanim znów ruszyliśmy przed siebie. Nieco surrealistyczne doświadczenie.
Po spacerze trzeba było się zbierać – na 15:30 zaplanowano obowiązkowe spotkanie w Skærbæk dla uczestników, czyli kierowców i fotografów. Tam przedstawiono zasady, a samochody i motocykle przechodziły obowiązkową kontrolę techniczną. Do miasteczka ściągnęły też dziesiątki innych maszyn – na każdym parkingu i w każdej wolnej przestrzeni można było natknąć się na coś ciekawego, od klasyków po wyjątkowe kustomy.
Na odprawie dla kierowców wszystko było dobrze zorganizowane – plansza ze schematem, jasne zasady. Okazało się jednak, że możliwości ruchu na terenie wyścigu są dość mocno ograniczone. Najbardziej rozczarował mnie brak dostępu do toru z boku, będzie to możliwe jedynie na krótką chwilę po uzyskaniu zgody od Race Master’a. W ten sposób to co lubię najbardziej czyli możliwość robienia panning shots, (zdjęcia robione techniką panoramowania) zostały radykalnie ograniczone.
Ujęło mnie duńskie poczucie humoru – przy wietrze 60 km/h ktoś określił pogodę słowami: „it’s a bit windy today”.
Tego samego wieczora niedaleko parę kilometrów od Skærbæk odbyła się impreza, jednak z powodu odległości od campingu i perspektywy pobudki o świcie nie braliśmy w niej udziału.
W sobotę zerwaliśmy się skoro świt – na 7:00 mieliśmy spotkanie z Kubą, jedynym reprezentantem Polski na Rømø Motor Festival 2025. Dzięki niemu wśród wielu flag powiewających przy torze dumnie widniała także biało-czerwona. Wjechaliśmy do Race Area na pokładzie Forda Model A z 1931 roku, o nazwie wlasnej „The Vampire”. Pogoda była nieco łaskawsza niż dzień wcześniej – wiało mniej, choć nadal można by to określić słynnym „a bit windy”. 😉
Prawdę mówiąc zżerała mnie trema żeby tego nie spieprzyć i przywieźć jakieś przyzwoite zdjęcia. Niemniej atmosfera jest fantastyczna, naprawdę można docenić wymóg posiadania stroju z epoki – robi to niesamowite wrażenie. Przypomina to wszystko czasy gdy liczył się tylko człowiek i jego w zasadzie całkowicie mechaniczna maszyna, żadnych komputerów i telemetrii.
Współzawodnictwo.
Koleżeństwo.
Dżentelmeńska rywalizacja.
Takie określenia same się nasuwają doświadczając tego osobiście.
Kręcąc się po Race Area, spotkałem Ralfa – niemieckiego zawodnika, którego poznałem jeszcze na nieodżałowanym Headbanging. Tym razem na Rømø maszynę z dwoma silnikami – piękna, rasowa wyścigówka.
Natknąłem się też na znajome wyścigówki z zeszłorocznego Roll ’n Flat, między innymi charakterystycznego zielono-srebrnego Studebakera z Austrii. Wokół roiło się od niezwykłych maszyn: piękny bellytank racer, obłędna wyścigówka z Norwegii zrobiona dosłownie na wysoki połysk.
| Ralf i jego wyścigówka |
Nie brakowało też motocykli – klasycznych Harleyów, Indian, BSA, a do tego czegoś, czego wcześniej nigdy nie widziałem: duńskich Nimbusów.
Na początek odbyła się parada – wyglądała fantastycznie i niezwykle stylowo. Na całym obszarze Race Area, poza karetką, absolutnie wszystko było dostosowane do wymogów epoki. Właśnie wtedy widać było, dlaczego organizatorzy tak mocno stawiali na stroje z epoki. Byłem pełen podziwu. Brakowało tylko, żeby gdzieś zza rogu wyszedł Hercules Poirot z nowym śledztwem w świecie motorsportu.
Potem przyszedł czas na wyścigi. Starty odbywały się parami, jak to zwykle bywa w rywalizacji równoległej – na przemian samochody i motocykle. Nie było sztywno wyznaczonych kolejek; kierowcy, którzy chcieli się ze sobą zmierzyć, mogli po prostu umówić się na pojedynek.
Wyścigi startowały dziewczyny, które na plaży występowały boso. Nie zazdrościłem im, zwłaszcza tego chłodnego poranka. Ale one wcale się tym nie przejmowały – podskakiwały, rozgrzewały się i z uśmiechem trzymały fason.
Całość szła bardzo sprawnie. Organizacja była dopięta na ostatni guzik – co chwilę kolejna para stawała na starcie: raz samochody, raz motocykle. Kuba, nasz reprezentant, był zachwycony warunkami na torze. Piasek okazał się twardy, zbity i równy. Zresztą nie bez powodu – testowano go jeszcze przed imprezą. Na plaży wylądował samolot, wykonując manewr touch-and-go. I nie była to lekka awionetka czy coś w stylu Antka An-2, lecz ciężki wojskowy transportowiec wojskowy Airbus A400M, porównywalny z C-130 Hercules, które służą w naszym lotnictwie wojskowym. Nagranie tego lądowania znalazło się na fanpage’u festiwalu.
A propos samolotów, to na początku wyścigów odbyły się pokazy lekkich maszyn nawiązujących do epoki, wśród nich był zwracający uwagę dwupłat w charakterystycznym dla USAAC malowaniu z lat ’30 – coś pięknego.
Żałuję że nie wiedziałem wcześniej, przygotowałbym się na zrobienie jakiegoś ładnego ujęcia gdy robiły przeloty nisko nad torem, ale byłem zbyt zaskoczony i przez jeden detal, zdjęcia niespecjalnie nadają się do publikacji.
Tymczasem wyścigi odbywały się bez przeszkód. Nie obowiązywał system pucharowy – nikt nie odpadał, liczyły się wyłącznie wykręcone czasy. Nie mogąc w pełni wykorzystać techniki panning przy torze, po konsultacji z Race Masterem przeszedłem w miejsce, gdzie stała widownia, a zawodnicy zawracali po wyścigu i wracali do kolejki na tor. Tam udało mi się złapać kilka naprawdę dynamicznych ujęć.
Kolejka do wyścigów skracała się, gdy kolejni zawodnicy kończyli rywalizację. Bodajże w ostatnim biegu jechał Kuba, który uprzednio poprosił Race Mastera o dodatkowy start w ramach wcześniej umówionej rywalizacji. Ściganie się wciąga jak narkotyk – widziałem to na każdym torze, na którym odbywały się zawody dla entuzjastów-amatorów.
Wyścigi zakończyły się definitywnie około godziny 16:00. Byłem potwornie zmęczony – od siódmej rano na nogach, obwieszony sprzętem – ale też bardzo zadowolony. Teraz pozostało „tylko” wydostać się z plaży, co w rozsądnym czasie było niemożliwe, więc najpierw poszliśmy do centrum, żeby coś zjeść i odsapnąć.
Potem wyjazd z wyspy (5km) zajął nam niecałą godzinę. W niedzielę rano rozpoczął się powrót – znów 12 godzin w trasie. Gdy już wróciłem i zacząłem zgrywać zdjęcia, zobaczyłem, że jednak „coś wyszło”. Postanowiłem, że za rok znów spróbuję się tam dostać. To było naprawdę coś naprawdę pięknego.
Komplet zdjęć z Rømø Motor Festival 2025